Rok temu, dokładnie w pierwszy dzień wiosny, wybrałam się zupełnie spontanicznie do Poznania na pierwszy swój Pyrkon. Każdy Cosplay robił na mnie ogromne wrażenie, szczególnie taki przygotowany w sposób niezwykle staranny i odwzorowujący postać w najwyższym stopniu. Szczerze mówiąc głupio czułam się w samych kocich uszkach na głowie, więc zapragnęłam i ja mieć swój własny cosplay. A że z całego fantasy i si-fi ogarniam tylko Star Wars, a pomysł kolejnej Księżniczki Lei nie jest najbardziej oryginalny i trudny - stworzyłam damską wersję Dartha Vadera. Postaci najbardziej fascynującej mnie w całych Gwiezdnych Wojnach do tego stopnia, że mam tatuaż z jego motywem i masę gadżetów. Jeszcze kilka lat temu nie sądziłam, że na punkcie postaci z filmu można mieć obsesje. Tak - dziś mogę się nazwać obsesyjną fanką Lorda Vadera. Nie wiem skąd ten pociąg do zła i czarnych charakterów. Może są po prostu ciekawsze ^^
Sam strój kompletowałam lub tworzyłam sukcesywnie, a w długowłosą brunetkę zamieniłam się dzięki Wigu wigu wiguu :D
Nie byłabym oczywiście sobą, gdybym wcześniej nie dała się sfotografować. Poniżej dzieła wykonane przez Piotra i Nosferat Factory.
Hallo lucky!
Welcome in my night.
czwartek, 23 kwietnia 2015
poniedziałek, 2 marca 2015
This hit, that ice cold.
piątek, 9 stycznia 2015
Naklejka w kształcie serca.
Druga niedziela stycznia, naszego obecnego, polskiego czasu należy zawsze do Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy czy tego chcemy, czy nie. No właśnie. Jak każda publiczna sprawa wielkiej wagi jest sprawą kontrowersyjną. Szczególnie wśród charakterystycznych grup społecznych jakimi są np. katolicy albo politycy z tej jednej strony. Artykuł pt. ''10 powodów by nie dawać na WOŚP'' znalazłam na stronie Wyborczej i WO. Autorka o smutnej prawdzie i polityczno-kościelnej nienawiści do Owsiaka pisze w sposób sarkastyczny, co mnie osobiście zawsze cieszy bardziej niż w sposób pisania czysto publicystyczny.
Wielu ''nie daje'', bo o życiu i śmierci powinien decydować Bóg. Ten przez duże ''B'', oczywiście. Bo dzieciaki z puszką ten hajs kradną, pewnie żeby mieć na bilet na łudstok. Duża część żyjąca w niewiedzy, iż wszyscy artyści na festiwalu występują charytatywnie, sądzą że Jurek na organizację ten hajs wydaje. Jak już nie ma się gdzie złapać, to łapią się faktu, że zbierający jeżdżą za darmo ZTM'em albo dostają za kawę. To nie są dzieci godne ochrony polskiej policji, naszych polityków nie stać, by za to płacić.
Ludzka głupota w wymiarze katolickim przeraziła mnie kilka lat temu, gdy usłyszałam przez przypadek audycję w Radio prowadzonym przez Ojca Dyrektora. (klik dla beki,polecam 8:50) ''Wierni'' dzwonili z hejtami na Owsiaka. Że na łudstoku co roku umiera tyle ludzi, młodzież jeszcze przecież nie ugruntowana emocjonalnie, pijana i naćpana wpada pod samochody, że ''sekte hary kryszna na to swoje pole wpuścił'' . Niewiedza chorobą. Zdarzył się taki, który tym ''faktom'' odważył się zaprzeczyć, w dodatku odważył się księdza nazwać ''panem''. Ciąg dalszy rozmowy na antenie - jak łatwo się domyślić - odbył się pouczeniu owego słuchacza, że na księdza się per pan nie mówi, po czym (oczywiście) skończył się czas antenowy. To był pierwszy raz kiedy zaczęło mi grubiej przeszkadzać słuchanie Radia M. przez moją babcię. Jej w sumie też, bo ciąg dalszy owej audycji zagłuszałam już tylko głośnym śmiechem.
Jurka się albo kocha, albo nienawidzi. Ja należę do grupy kochających, lub też inaczej: naiwniaków którzy, co roku ślepo wrzucają drobne do puszki za marną naklejkę w kształcie serca. Jestem też ''brudasem'' i ''ćpunem'' jeżdżącym na Woodstock. Jakie szczęście, że my - idioci i pojeby jesteśmy wciąż w większości. Widocznie to ma sens?
Dla mnie ma, można powiedzieć szczególny. A dlaczego, już wyjaśniam - dokładnie 21 lat temu odbywał się III Finał WOŚP. W tą samą niedziele o 17:10 urodziłam się jako wcześniak, po czym trafiłam do jednego z pierwszych zakupionych przez WOŚP i pierwszych w Polsce inkubatorów do leczenia żółtaczki za pomocą fototerapii. Niby nic takiego, ale może dzięki temu dziś nie mam zapalenia wątroby typu C ani tym podobnego świństwa. Może dzięki temu też jestem tą idiotką, która wrzuca do puszki, kupuje głupie koszulki i opaski na Woodstocku, a za rok w końcu zostanie wolontariuszem? Może skoro pomogło mnie, pomoże kolejnemu noworodkowi, który za 21 lat napisze, że też wrzuca do puszki.
Oby to faktycznie grało do końca świata i o jeden dzień dłużej.
Wielu ''nie daje'', bo o życiu i śmierci powinien decydować Bóg. Ten przez duże ''B'', oczywiście. Bo dzieciaki z puszką ten hajs kradną, pewnie żeby mieć na bilet na łudstok. Duża część żyjąca w niewiedzy, iż wszyscy artyści na festiwalu występują charytatywnie, sądzą że Jurek na organizację ten hajs wydaje. Jak już nie ma się gdzie złapać, to łapią się faktu, że zbierający jeżdżą za darmo ZTM'em albo dostają za kawę. To nie są dzieci godne ochrony polskiej policji, naszych polityków nie stać, by za to płacić.
Ludzka głupota w wymiarze katolickim przeraziła mnie kilka lat temu, gdy usłyszałam przez przypadek audycję w Radio prowadzonym przez Ojca Dyrektora. (klik dla beki,polecam 8:50) ''Wierni'' dzwonili z hejtami na Owsiaka. Że na łudstoku co roku umiera tyle ludzi, młodzież jeszcze przecież nie ugruntowana emocjonalnie, pijana i naćpana wpada pod samochody, że ''sekte hary kryszna na to swoje pole wpuścił'' . Niewiedza chorobą. Zdarzył się taki, który tym ''faktom'' odważył się zaprzeczyć, w dodatku odważył się księdza nazwać ''panem''. Ciąg dalszy rozmowy na antenie - jak łatwo się domyślić - odbył się pouczeniu owego słuchacza, że na księdza się per pan nie mówi, po czym (oczywiście) skończył się czas antenowy. To był pierwszy raz kiedy zaczęło mi grubiej przeszkadzać słuchanie Radia M. przez moją babcię. Jej w sumie też, bo ciąg dalszy owej audycji zagłuszałam już tylko głośnym śmiechem.
Jurka się albo kocha, albo nienawidzi. Ja należę do grupy kochających, lub też inaczej: naiwniaków którzy, co roku ślepo wrzucają drobne do puszki za marną naklejkę w kształcie serca. Jestem też ''brudasem'' i ''ćpunem'' jeżdżącym na Woodstock. Jakie szczęście, że my - idioci i pojeby jesteśmy wciąż w większości. Widocznie to ma sens?
Dla mnie ma, można powiedzieć szczególny. A dlaczego, już wyjaśniam - dokładnie 21 lat temu odbywał się III Finał WOŚP. W tą samą niedziele o 17:10 urodziłam się jako wcześniak, po czym trafiłam do jednego z pierwszych zakupionych przez WOŚP i pierwszych w Polsce inkubatorów do leczenia żółtaczki za pomocą fototerapii. Niby nic takiego, ale może dzięki temu dziś nie mam zapalenia wątroby typu C ani tym podobnego świństwa. Może dzięki temu też jestem tą idiotką, która wrzuca do puszki, kupuje głupie koszulki i opaski na Woodstocku, a za rok w końcu zostanie wolontariuszem? Może skoro pomogło mnie, pomoże kolejnemu noworodkowi, który za 21 lat napisze, że też wrzuca do puszki.
Oby to faktycznie grało do końca świata i o jeden dzień dłużej.
A skoro już tu jesteś, zostaw coś po sobie ;)
sobota, 3 stycznia 2015
Rok najlepszy.
Jak to zawsze bywa w tym okresie (czytaj ''noworocznym'') czas na podsumowania, analizy, postanowienia. U mnie będą wspomnienia. Nie oddzielam grubą kreską starego roku od tego, który się zaczął i nie wyliczam ostatecznego wyniku. Nie skończę z czymś, żeby zaczęło się coś innego, bo to co jest teraz bardzo mi pasuje. Idąc za Faustem pragnę powiedzieć ''chwilo trwaj''. Trwaj, bo byłeś wspaniały, miniony roku.
Mimo, że nie zaczął się najlepiej i nie zwiastował niczego najlepszego, 2014 był jednym z najlepszych w moim życiu. Nie przesadzam. To był rok żegnania smutnych przyzwyczajeń, kompleksów, obaw. Powitałam siebie pewną swoich zamiarów, dążącą do celu którego tym razem nie bałam się postawić. Każda walka z niepowodzeniem, niepokojem, strachem kończyła się moim sukcesem. Bywało ciężko. Bywałam niezrozumiana i osamotniona. Zdana na siebie i zmuszona do udowadniana czegoś, czego na pierwszy rzut oka nie widać lub wydaje się abstrakcyjne, głupie i szalone. To otwierało mi skrzydła do wzlotu. Pierwszego wzlotu w nowe życie.
Rok temu o tej porze zaczynałam Nowy Rok z nowymi wyzwaniami. Nie ukrywam, że się bałam, że czasem nie wierzyłam. Świadomość, że wiele zależy tylko ode mnie przepełniała mnie strachem, a jednocześnie dawała kopa do działania. Pierwsze miesiące mijały na poznawaniu ludzi; nowych i tych, których wydawało mi się że znam. Od beztroski i całonocnych szaleństw na parkiecie nasączonych białym Martini odrywały mnie książki leżące na biurku i... poniedziałki. Zachłyśnięta świeżym powiewem wolności jakie dała mi ucieczka z toksycznej klatki pisałam prezentację o buntownikach, robiłam wywiady nagrodzone w konkursach i drukowane w gazetach, zdjęcia, założyłam tego bloga. Zaczęłam osiągać to co chciałam - docierałam do ludzi, stałam się zauważana przez pryzmat słów i kolorów, a nie ''pierwszego wrażenia''. Działanie, w końcu docenione.
Później już tylko wakacje. Te należały do polskich podróży, festiwalów, kina, nowych doświadczeń. Polskie morze, Kraków, Bydgoszcz, Toruń, Katowice. Pierwszy w życiu Jarocin, drugi Woodstock. Gdzieś pomiędzy - Warszawa. Pierwsze przejście przez bramę UW, pierwsze kroki na schodach IKP'u. I zdanie od pani z komisji ''gratuluje, od teraz jest pani studentką''. Czyżby nie o to chodziło?
W październiku zaczęło być dziwnie. Ani negatywnie, ani pozytywnie. Ale to chyba towarzyszy zmianom? Inne miasto przez które musisz instalować aplikacje na androidzie, żeby dotrzeć odpowiednim autobusem na odpowiednią uczelnie. Nie ma już mamy, babci czekającej z obiadem. Psa przed drzwiami, czarnego kota który i tak miał cię w dupie bo takie są koty. Nie ma żadnej znajomej twarzy, żadnej znajomej duszy, okolice tylko znajome ze zdjęć, które robiłam rok, dwa, siedem temu. Ale i tak jest cudownie, bo te siedem lat temu wymyśliłam, że właśnie w tym momencie życia będę właśnie w tym miejscu. No i jestem.
Ludzie. Mnóstwo was. Dusze towarzystwa, szaleni artyści, niedocenieni zagubieni, pewni siebie i zakompleksieni, utalentowani i ostrożni. W każdym z was widziałam odbicie jakiejś mikroskopijnej, ale istotnej cząstki siebie. Uczyliście mnie zaufania, tolerancji, daliście nowy światopogląd na istotne sprawy. Nie odmawialiście, gdy prosiłam, dziękowaliście gdy zrobiłam coś dla was. Choć nie wszyscy warci byli uwagi, to wszyscy dali mi od siebie mały kurs a to skurwysyństwa, a to życzliwości. Jedni budowali mi zamek z piasku, inni próbowali go rozwalić. Na szczęście nikomu się nie udało, na szczęście stałam się odporna. Teraz dla wszystkich jedno wielkie DZIĘKUJĘ! Bawiłam się wspaniale.
Dużo widoków z PKP i dużo nowych miejsc, które pokochały moje oczy dały mi coś w rodzaju kiełkowania patriotyzmu (?). Nie chodzi o rzucanie się pod czołg, ale o sentymentalną oryginalność tego kraju. Zaczynając od drzewa w parku na ostrokątnej architekturze kończąc. To intensywniejsze deja vu gdy w ''tym'' miejscu jesteś po raz kolejny. Do Krakowa wróciłam dwa razy i dwa razy nie chciałam odjeżdżać. Jeszcze inaczej jest na widokowym, kaliskim blokowisku. Wieje PRL'em zamiast powietrzem, ale i tak to czujesz, bo oglądam z okna ten widok odkąd zaczynałam stawiać od kuchni do balkonu pierwsze kroki. Kilka lat później palę pierwszego papierosa na tym samym balkonie w upalny dzień, popijając miksturę o nazwie mrożona kawa, którą sama przed chwilą stworzyłam z mleka w lodówce u babci. Oglądam samochody na rondzie. Inaczej na nie patrzę, gdy wracam tu raz na miesiąc. I za to też kocham Warszawę, że dała mi powód by cieszyć się śpiącym miastem.
Powyższy natłok słów jest jednocześnie zapowiedzią tego, co będzie tutaj niebawem. Z autopsji wiem, że za długie posty nie są fajne, więc wątki rozwinę niebawem. Zazwyczaj postanowień noworocznych nie wymyślam, bo wciąż są takie same, ale głównym jest doskonalenie się. Niech ten cud techniki mi na to zezwoli, a ja będę pisać. I to w sposób coraz bardziej taki, jaki chciałabym.
Życzcie sobie czego chcecie. Wymagajcie od siebie, a nie od roku. Zmiany zacznijcie od zaraz, nie od jutra ani nie od kolejnego roku. Wymagajcie, ale nie niemożliwego. Wznoście się ponad własne horyzonty, wyżyny własnej świadomości, czy czego tam chcecie. Nie zamulajcie ;) Szczęścia i inspiracji!
Mimo, że nie zaczął się najlepiej i nie zwiastował niczego najlepszego, 2014 był jednym z najlepszych w moim życiu. Nie przesadzam. To był rok żegnania smutnych przyzwyczajeń, kompleksów, obaw. Powitałam siebie pewną swoich zamiarów, dążącą do celu którego tym razem nie bałam się postawić. Każda walka z niepowodzeniem, niepokojem, strachem kończyła się moim sukcesem. Bywało ciężko. Bywałam niezrozumiana i osamotniona. Zdana na siebie i zmuszona do udowadniana czegoś, czego na pierwszy rzut oka nie widać lub wydaje się abstrakcyjne, głupie i szalone. To otwierało mi skrzydła do wzlotu. Pierwszego wzlotu w nowe życie.
Rok temu o tej porze zaczynałam Nowy Rok z nowymi wyzwaniami. Nie ukrywam, że się bałam, że czasem nie wierzyłam. Świadomość, że wiele zależy tylko ode mnie przepełniała mnie strachem, a jednocześnie dawała kopa do działania. Pierwsze miesiące mijały na poznawaniu ludzi; nowych i tych, których wydawało mi się że znam. Od beztroski i całonocnych szaleństw na parkiecie nasączonych białym Martini odrywały mnie książki leżące na biurku i... poniedziałki. Zachłyśnięta świeżym powiewem wolności jakie dała mi ucieczka z toksycznej klatki pisałam prezentację o buntownikach, robiłam wywiady nagrodzone w konkursach i drukowane w gazetach, zdjęcia, założyłam tego bloga. Zaczęłam osiągać to co chciałam - docierałam do ludzi, stałam się zauważana przez pryzmat słów i kolorów, a nie ''pierwszego wrażenia''. Działanie, w końcu docenione.
Później już tylko wakacje. Te należały do polskich podróży, festiwalów, kina, nowych doświadczeń. Polskie morze, Kraków, Bydgoszcz, Toruń, Katowice. Pierwszy w życiu Jarocin, drugi Woodstock. Gdzieś pomiędzy - Warszawa. Pierwsze przejście przez bramę UW, pierwsze kroki na schodach IKP'u. I zdanie od pani z komisji ''gratuluje, od teraz jest pani studentką''. Czyżby nie o to chodziło?
W październiku zaczęło być dziwnie. Ani negatywnie, ani pozytywnie. Ale to chyba towarzyszy zmianom? Inne miasto przez które musisz instalować aplikacje na androidzie, żeby dotrzeć odpowiednim autobusem na odpowiednią uczelnie. Nie ma już mamy, babci czekającej z obiadem. Psa przed drzwiami, czarnego kota który i tak miał cię w dupie bo takie są koty. Nie ma żadnej znajomej twarzy, żadnej znajomej duszy, okolice tylko znajome ze zdjęć, które robiłam rok, dwa, siedem temu. Ale i tak jest cudownie, bo te siedem lat temu wymyśliłam, że właśnie w tym momencie życia będę właśnie w tym miejscu. No i jestem.
Ludzie. Mnóstwo was. Dusze towarzystwa, szaleni artyści, niedocenieni zagubieni, pewni siebie i zakompleksieni, utalentowani i ostrożni. W każdym z was widziałam odbicie jakiejś mikroskopijnej, ale istotnej cząstki siebie. Uczyliście mnie zaufania, tolerancji, daliście nowy światopogląd na istotne sprawy. Nie odmawialiście, gdy prosiłam, dziękowaliście gdy zrobiłam coś dla was. Choć nie wszyscy warci byli uwagi, to wszyscy dali mi od siebie mały kurs a to skurwysyństwa, a to życzliwości. Jedni budowali mi zamek z piasku, inni próbowali go rozwalić. Na szczęście nikomu się nie udało, na szczęście stałam się odporna. Teraz dla wszystkich jedno wielkie DZIĘKUJĘ! Bawiłam się wspaniale.
Dużo widoków z PKP i dużo nowych miejsc, które pokochały moje oczy dały mi coś w rodzaju kiełkowania patriotyzmu (?). Nie chodzi o rzucanie się pod czołg, ale o sentymentalną oryginalność tego kraju. Zaczynając od drzewa w parku na ostrokątnej architekturze kończąc. To intensywniejsze deja vu gdy w ''tym'' miejscu jesteś po raz kolejny. Do Krakowa wróciłam dwa razy i dwa razy nie chciałam odjeżdżać. Jeszcze inaczej jest na widokowym, kaliskim blokowisku. Wieje PRL'em zamiast powietrzem, ale i tak to czujesz, bo oglądam z okna ten widok odkąd zaczynałam stawiać od kuchni do balkonu pierwsze kroki. Kilka lat później palę pierwszego papierosa na tym samym balkonie w upalny dzień, popijając miksturę o nazwie mrożona kawa, którą sama przed chwilą stworzyłam z mleka w lodówce u babci. Oglądam samochody na rondzie. Inaczej na nie patrzę, gdy wracam tu raz na miesiąc. I za to też kocham Warszawę, że dała mi powód by cieszyć się śpiącym miastem.
Powyższy natłok słów jest jednocześnie zapowiedzią tego, co będzie tutaj niebawem. Z autopsji wiem, że za długie posty nie są fajne, więc wątki rozwinę niebawem. Zazwyczaj postanowień noworocznych nie wymyślam, bo wciąż są takie same, ale głównym jest doskonalenie się. Niech ten cud techniki mi na to zezwoli, a ja będę pisać. I to w sposób coraz bardziej taki, jaki chciałabym.
Życzcie sobie czego chcecie. Wymagajcie od siebie, a nie od roku. Zmiany zacznijcie od zaraz, nie od jutra ani nie od kolejnego roku. Wymagajcie, ale nie niemożliwego. Wznoście się ponad własne horyzonty, wyżyny własnej świadomości, czy czego tam chcecie. Nie zamulajcie ;) Szczęścia i inspiracji!
A jeśli zmiany graficzne powodują, że źle się czyta, czy coś, proszę dawać znać! Mogłam przesadzić ;)
Lokalizacja:
Kalisz, Polska
poniedziałek, 1 grudnia 2014
Warsaw Tattoo Convention (foto)
Welcome back! Za mną 2 miesiące zmian na pełnej, ale w przerwie od studiowania (pff.) wybrałam się na drugi już u mnie event tatuażowy, jaki miał miejsce w ten weekend na Pepsi Arena w stolicy. Pierwszym był wrześniowy Cropp Tattoo Konwent w Katowicach. Na moje laickie oko troszkę odbiegał od tytułowej imprezy, a to dlatego że było nieco mniej performensów i zagranicznych artystów którzy pokazują często zaskakująco odmienne style od naszych rodzimych.
Konwent to impreza, która na dwa dni zamienia miejsce eventu w jedno wielkie tattoo studio, gdzie spotykasz artystów i bezwstydnie poobserwujesz ich pracę na ''żywym płótnie''. Dobre miejsce, by zobaczyć jak wygląda cały proces robienia tatuażu i zdecydować się na ten pierwszy (mimo, że czasami dziarani przez cały dzień lub więcej nie wyglądają zbyt zachęcająco) albo złapać inspiracje na kolejne.
Dźwięk pracujących maszynek, zapach świeżego pigmentu i wibrujące kolory, to coś co zaraża mnie miłością do tatuaży coraz mocniej. Plus możliwość rozmowy z artystami, zrobienia piercingu (co mi tym razem, w przeciwieństwie do katowickiego wypadu nie wyszło przez antybiotyki - eh, uzależnienia :( ) i performance alternatywnych artystów - wszystko co ucieszy zajaranych ową sztuką. Warto być i zobaczyć na własne oczy. Ja już czekam na kolejny!
Poniżej kilka moich ''krzywych kadrów'' a niebawem o tatuażach coś więcej ;)
Konwent to impreza, która na dwa dni zamienia miejsce eventu w jedno wielkie tattoo studio, gdzie spotykasz artystów i bezwstydnie poobserwujesz ich pracę na ''żywym płótnie''. Dobre miejsce, by zobaczyć jak wygląda cały proces robienia tatuażu i zdecydować się na ten pierwszy (mimo, że czasami dziarani przez cały dzień lub więcej nie wyglądają zbyt zachęcająco) albo złapać inspiracje na kolejne.
Dźwięk pracujących maszynek, zapach świeżego pigmentu i wibrujące kolory, to coś co zaraża mnie miłością do tatuaży coraz mocniej. Plus możliwość rozmowy z artystami, zrobienia piercingu (co mi tym razem, w przeciwieństwie do katowickiego wypadu nie wyszło przez antybiotyki - eh, uzależnienia :( ) i performance alternatywnych artystów - wszystko co ucieszy zajaranych ową sztuką. Warto być i zobaczyć na własne oczy. Ja już czekam na kolejny!
Poniżej kilka moich ''krzywych kadrów'' a niebawem o tatuażach coś więcej ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)


























